Jak wy bierzecie ten prysznic?

Chwytliwy tytuł tej notki jest cytatem z wypowiedzi właścicielki naszego mieszkania, którą wygłosiła na wieść, że nasz prysznic znowu wybuchł komuś w twarz. Rozmawiając z tą osobą jakże często w mojej głowie odbywa się gonitwa myśli… Jej pytania mnie zadziwiają, wprawiają w osłupienie i pozostawiają w szczególnym stanie rozdrażnienia na kilka najbliższych godzin.

Nie, nie wkładamy do niego petard. Nie używamy go także jako lasso. Nie huśtamy się na nim, nie przechowujemy w nim spaghetti… (Co jeszcze można robić z prysznicem?) Może to dziwne, ale mimo że pochodzimy z tak zacofanych krajów, jak Turcja i Polska, prysznica używamy do wzięcia prysznica.

Ale ja nie o tym.

DSC_6110pAteneo.

Czas wspomnieć o oficjalnym celu mojej wędrówki na południe Włoch – Uniwersytecie w Bari imienia Aldo Moro (Università degli Studi di Bari). Na zdjęciu widnieje główny budynek uniwersytecki, Ateneo. Jego budowa ciągnęła się przez 18 lat między 1867 a 1885 rokiem i mniej więcej tyle samo zajęłoby mi zrozumienie o co właściwie chodzi w tym budynku. Za każdym razem zaskakuje mnie on w mniejszym lub większym stopniu, tak samo zresztą jak jego pracownicy. Wspomniałam już w poprzednich notkach o niesamowicie kompetentnej pani od incoming students. Na wzmiankę zasługuje też o pan portier (jednym z wielu), który na moje pytanie o w drogę odpowiedział, że nie wie, bo nie jest stąd. Nie mogę go jednak przez to potępiać, ja też stąd nie jestem, a dobrze jest czasem znaleźć taką bratnią duszę.

DSC_6112otoczenie uniwersytetu, które wiele wyjaśnia

Przejdźmy jednak do rzeczy. Najistotniejszą część uniwersytetu oprócz studentów stanowią jego wykładowcy. Aby nakreślić ich wstępny szkic psychologiczny do tej opowieści, posłużę się przykładem statystycznym. Na pierwsze 4 zajęcia, odbyły się tylko jedne, ponieważ, jak to określili sami włoscy studenci, prowadzący nie zdecydowali się do nas dołączyć. Co więcej, ten jeden wykład, który się odbył, jest prowadzony przez panią profesor, która wyemigrowała tutaj z Niemiec.

Niektóre przedmioty, na które zapisałam się na początku, nie widniały na rozkładzie zajęć mojego kierunku, za to jakiegoś innego, dlatego straciłam kilka pierwszych spotkań. Właściwie te, na których się pojawiam, też tracę, bo jak na razie nie rozumiem szczególnie dużo. Całe szczęście poruszane są tematy brzmiące znajomo – Stanisławski, Nowa Fala, plany filmowe (tiaaa). Wyjątkiem jest przedmiot Letteratura e cinema, na których nie rozumiem prawie nic, mogę za to przez półtorej godziny obserwować spektakl jednego aktora, jaki prezentuje pan wykładowca z subtelnie wyregulowanymi brwiami. Gestykulacja, nonszalancki krok, doskonała intonacja, wystający brzuszek, wszystko to upewnia mnie, że jestem na włoskiej uczelni.

To właśnie ten pan nie zdecydował się do nas dołączyć podczas pierwszych dwóch zajęć. Jedne z nich miały być moimi pierwszymi na Erasmusie, niestety moją przygodę z edukacją we Włoszech musiałam zacząć od razu od drugich zajęć. Na owym wykładzie-widmo doznałam szoku kulturowego równego z tym, którego doświadczam za każdym razem, gdy okazuje się, że wszystkie sklepy naprawdę są zamykane w środku dnia o 13:30. Otóż lekko spóźniona (o nie! co to będzie!?) dobiegłam do wypełnionej już ludźmi sali. Zajęłam ostatnie wolne krzesło i oczekiwałam na rozwój wydarzeń. Po około dziesięciu minutach wszedł mężczyzna około 35 lat i usiadł po prawej stronie biurka. Wyjął telefon i zajmował się nim przez najbliższe pół godziny. Wraz z jego pojawieniem się w sali przycichły rozmowy, lecz nasiliły się znów po krótkiej chwili. Będąc przekonana, że człowiek ten jest wykładowcą (później wyjaśniło się, że jest jednym ze studentów), byłam zupełnie zdezorientowana. Nikt nic sobie nie robił z jego obecności, wszyscy nawijali jak najęci, czas sobie płynął, a ja coraz bardziej nie wiedziałam o co chodzi, a także dlaczego do cholery zerwałam się specjalnie wcześniej z plaży. Po 50 minutach (dopiero wtedy, bo wydawało mi się, że prowadzący już jest!) spytałam się osoby siedzącej obok mnie co się dzieje. Osoba spytała się kolejnej osoby co się dzieje, to znaczy, czemu ktoś mówi coś do niej po angielsku i czy ten ktoś może przetłumaczyć. Ta osoba kiwnęła na kolejną osobę, która wytłumaczyła mi w końcu po angielsku, że wykładowcy jeszcze nie ma. -No to dlaczego tak tu siedzicie? – Bo nie mamy nic innego do roboty.

——————————————————————————————————————————————————————————————————–

Są takie momenty w życiu, które najpierw zadziwiają, potem wprawiają w prawdziwe osłupienie, by w końcu pozostawić w szczególnym stanie rozdrażnienia na kilka najbliższych godzin. Są też takie, które są tak bardzo niewytłumaczalne, że nawet nie wprawiają w rozdrażnienie. Dlaczego, dlaczego, ALE DLACZEGO, nikt nie zwiewa jak normalny człowiek, po tradycyjnych piętnastu minutach?

?

?!?

?!?!??!

qqqq

Po tygodniu zastanawiania się nad tą kwestią (ta sytuacja powtarzała się później wielokrotnie, na szczęście nie w tak drastycznych wymiarach) dotarło do mnie, że przecież jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. W Polsce nie płacimy czesnego za studia dzienne, więc nasz stosunek do zajęć może być lekko wypaczony. Traktujemy je najczęściej tylko jako obowiązek, na który jesteśmy skazani, mimo że teoretycznie zapisywanie się na studia jest aktem zupełnie dobrowolnym. Dlatego, gdy tylko minie przepisowe 15 minut, po polskich studentach pozostaje tylko wspomnienie.

Włosi płacą za swoje studia, a wysokość opłat zależy od renomy uczelni i dochodów rodziny. W związku z tym podejrzewam, że właśnie dlatego ich podejście do uczęszczania na zajęcia jest nieco wypaczone inne. Muszę to sobie przecież jakoś wytłumaczyć…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s