4 najlepsze i 4 najgorsze momenty w Toskanii

DSC_9851

Jak do tej pory mój ulubiony region Włoch. Nie pod względem jedzenia – w tej kwestii Apuglia wciąż na miejscu pierwszym.  Na Toskanię miałyśmy 9 dni, spałyśmy u 4 hostów, zwiedziłyśmy 5 miast i zgubiłyśmy jedną czapkę. Chronologiczna opowieść o tym wyjeździe byłaby długa i żmudna, więc skracam ją do kilku punktów, z których może wypłynie obraz całości. 4 najlepsze i 4 najgorsze momenty z Toskanii.

4. Rowery w Lukce. Centrum miasta jest otoczone murem, który jest dostosowany dla pieszych i rowerów. Pożyczyłyśmy jeden rower od naszej host rodziny (z jednym hamulcem, który potrzebował sporo czasu zanim zaczynał działać), jeden wybłagałyśmy z wypożyczalni.

DSC_9635

DSC_9647

3. In the middle of nowhere spotkałam Filipa, którego prawdopodobnie widywałam regularnie przez 4 lata chodząc do Kina pod Baranami, a nigdy nie poznaliśmy się osobiście. Po nitce do kłębka dogadaliśmy się, że mamy wielu wspólnych znajomych i pewnie nie raz Filip sprawdzał mój bilet przed wejściem na film. W kwietniu, przed powrotem do Polski wpadnie do nas na kilka dni do Bari sprawdzić, czy mówimy prawdę na temat owoców morza z pobliskiego marketu.

DSC_9834

Swoją drogą uważajcie na urocze zakątka w Toskanii. Wydawało mi się, że znalazłyśmy świetną miejscówkę, gdzie będzie można się zagnieździć na dłużej. Do Lorenzo można przyjechać na kilka tygodni i nocować za darmo, w zamian za pomoc w prowadzeniu ogrodu. Na Villę Arcidosso składa się biblioteka pełniąca funkcję kuchni, jadalni i sali kominkowej oraz pokoje z łóżkami. Wszystko znajduje się w samym centrum historycznego miasteczka, naprzeciwko zamku. Wszystko brzmiało super, niestety pobyt skróciłyśmy z trzech do dwóch nocy, ponieważ szybko okazało się, że projekt prowadzony przez naszego hosta zazwyczaj przyciąga lekko nawiedzone dusze, z którymi ciężko było nawiązać jakikolwiek kontakt.

DSC_9786

DSC_9842

Z wyjątkiem Filipa nie było do kogo się odezwać, zwłaszcza, że kuchnia-biblioteka była okupowana była przez laskę z Senegalu, która całymi słuchała włoskiego rapu na cały regulator (głośno gadając do siebie, energicznie gestykulując i bez wytchnienia jarając hasz). Pierwszego dnia, już lekko ogłuszone, złaziłyśmy miasteczko i zakres rzeczy do zrobienia był już mocno ograniczony. Miło byłoby więc posiedzieć w czytelni, która była w końcu pretekstem do założenia tej komuny. Lorenzo był jednak zbyt zajęty dwiema młodymi Niemkami, żeby ogarniać co się dzieje w jego haciendzie.

Postanowiłyśmy szybko znaleźć jakiegoś hosta na jedną noc w Sienie po drodze do Florencji.

DSC_9855
Zaletą Villi Arcidosso bez wątpienia był kominek, dwa koty i przyjemna wieczorna atmosfera librerii. Atmosfera na drugi dzień została rozwiana przez włoski rap a jeden kot zesrał się do zlewu.

2. Daszę też spotkałyśmy przez przypadek. Było około 1 po południu, świeciło ładne słońce, jechałyśmy do Florencji po triumfalnym prysznicu w Sienie. Dasza zauważyła nas z bagażami i spytała się dokąd jedziemy. Nie jechałyśmy tam gdzie ona, a przynajmniej tak nam się wydawało na początku. Zmieniłyśmy cel naszej podróży, gdy po chwili wahania spytała się czy nie chciałybyśmy spróbować wina.

Chciałyśmy.

DSC_0036

Dasza jest z Moskwy i pracuje w miejscowości Aiola jako tłumaczka w fabryce wina wykupionej przez rosyjskiego inwestora. Aktualnie mieszka tam praktycznie sama i dzierży klucze do całej posiadłości, na którą składa się biuro, wszystkie pomieszczenia gospodarcze,  wytwórnia, urocze domki dla pracowników i… zamek.

DSC_9939

DSC_9992

DSC_0023

DSC_9993Widok z okna kuchni

Nie wierząc we własne szczęście (już sama trasa do tego miejsca była zbyt piękna), znalazłyśmy się w reprezentatywnej sali, w której odbywają się degustacje wina Chianti Classico Aiola. Degustacja stała się także naszym udziałem – Dasza pojawiła się nagle z otwartą butelką czerwonego wina, kieliszkami i sporą ilością pokrojonego parmezanu. Część wypiłyśmy na stole otoczonym regałami z winem, część na ogromnym tarasie otoczonym Toskanią. Dasza okazała się być przesympatyczną i ciekawą dziewczyną. Spędziłyśmy razem dobrych kilka godzin, w czasie których oprowadziła nas po całej fabryce, zamku, ogrodzie i na dodatek poczęstowała pysznym deserem.  Czułyśmy się jak w niebie i namawiamy Daszę na przyjazd do Bari.

DSC_9951Okazuje się, że korki nie rosną w butelkach

DSC_9949

DSC_9977

DSC_9986Wycieczka po fabryce przerywana była czknięciami a większość zdjęć mam dziwnie rozmazanych

1. Pierwsza rozmowa z naszym hostem w Sienie. Zgodził się przenocować nas przez jedną noc w trakcie naszej podróży do Florencji. No i chciałyśmy uciec z Arcidosso. Wilmer jest z zawodu psychiatrą, hobbistycznie przewodniczącym ESN Siena. Akurat trafiłyśmy na goszczącą w Sienie wycieczkę ESN Milano, którą Wilmer oprowadzał po mieście po wcześniejszym lunchu w restauracji. Na którą niestety się załapałyśmy.

Jedząc kotleta w całkiem spoko sosie chciałyśmy jakoś nawiązać nić porozumienia z naszym hostem, co nie było najłatwiejsze. Po pierwsze byłyśmy śmierdzące i wyczerpane pobytem w zimnej, rozpadającej się ruderze. Po drugie nasz potencjalny rozmówca siedział z nosem nad telefonem komponując wiadomość „do kolegi z Brukseli”. W końcu skierowałyśmy strumień konwersacji na temat psychiatrii, która po doświadczeniu Arcidosso interesowała nas bardziej niż zwykle.  Emila postanowiła zagaić pana doktora następującym pytaniem: How does it feel when your patients are waiting for you in a dark gate with a knife in their hand?  Po czym udławiła się ze śmiechu kawałkiem mięsa.

Brak odpowiedzi tylko nas rozkręcił i zaczęłyśmy snuć fantazje na temat recepty na wegetarianizm uwzględniającej zasmażany boczek i toskańską kiełbasę, okraszając nas wywód histerycznym chichotem. (Wegetaranie, wybaczcie, tłumaczę się później!) Nie nawiązałyśmy z Wilmerem satysfakcjonującego kontaktu już do końca naszego pobytu, za to bawiłyśmy się świetnie.

Najgorzej:

Nie ilustruję tych wydarzeń zdjęciami, bo przecież nie ma co rozpamiętywać.

4. Kanar wystawiający nam bilety po 9 euro za głowę (na dworcu kosztowałyby 5). Nieważne.

3. Podczas drugiego i ostatniego wieczoru w Arcidosso (to ta rudera) uraczyłyśmy się winem, serem i pyszną kiełbasą (specjalność Toskanii). Postanowiłyśmy spożyć te specjały z naszym kolegą Filipem we wspomnianej już czytelni. Postawiliśmy butelkę i talerz na stole, poczęstowałyśmy innych gości. Nasz host zbladł na widok pokrojonej kiełbasy i oznajmił, że do tej kuchni nie wnosi się przecież martwych zwierząt i czy nie wiemy, że do wytworzenia tego jedzenia trzeba zabić zwierzę.

Zwykle potrzeba wiele wysiłku, by zabić mój entuzjazm wywołany włoskiej kiełbasy. Lorenzo dał z siebie wszystko. Stwierdził, że skoro już nałożyliśmy sobie jedzenie, to możemy je zjeść, ale następnym razem martwe zwierzęta je się na zewnątrz.  W tym momencie pobłogosławiłam w głowie trzy couch requesty, które wysłałyśmy kilka godzin wcześniej na następny dzień do Sieny.  Kiełbasa była bardzo dobra, ale rzadko kiedy muszę się tak powstrzymywać od wkroczenia w potyczkę słowną, jak musiałam to zrobić wtedy. Całą przyjemność degustacji odebrała nam opowieść naszego uprzejmego hosta o warunkach w jakich żyją świnie przywożone do Włoch z Holandii, o tym jak siedzą we własnych odchodach, a jak bardzo by chciały biegać po łące. I moje zdegustowanie nie wynikało z fabuły tej opowieści, tylko z faktu, że wegetarianin chce sprzedać mi na siłę swoje poglądy, mimo że ja wcale nie namawiać go w zamian do jedzenia mięsa.

Nie jest mi z tym wszystkim dobrze. Ale decyduję się na moją dietę świadomie i nikogo nie namawiam do zrezygnowania z wegetarianizmu. A zupełnie innym tematem jest jaki wpływ na ograniczenie torturowania zwierząt i podniesienie jakości ich życia ma wegetarianizm (który wydaje mi się postawą pasywną), a jaki ma faktyczna aktywność na rzecz polepszenia warunków życia zwierząt.

Swoją drogą – na profilu Lorenzo nie było wzmianki o regule zabraniającej jedzenia mięsa na terenie swojego domu (ani o braku ciepłej wody).

2. Z drugiej strony mięso może mi czasem stanąć w gardle. Suchy kotlet, za którego musiałyśmy zapłacić po „tylko” (cyt. Wilmer) 7 euro.  Spotkałyśmy się z Wilmerem w trakcie wycieczki dla studentów Erasmusa, którą organizował. Trafiłyśmy na obiad w bardzo niespecjalnej restauracji w turystycznym punkcie blisko jednego z najważniejszych kościołów Sieny. Nawet nie byłyśmy głodne, bo najadłyśmy się po drodze świetnymi pomarańczami, ale z uprzejmości (tak, czasami jestem uprzejma) powiedziałam, że możemy się przyłączyć (żeby nie czekać na zewnątrz).  Ciekawiej byłoby jednak pójść do domu, wykąpać się i przebrać, zwłaszcza że na profilu było napisane, że mieszka blisko centrum. Okazało się, że to blisko jest może samochodem, ale na pewno nie na piechotę.

A więc nagle na stole pojawiły się te kotlety z frytkami. Nie były złe, ale na pewno nie warte tych wyściubionych 7 euro, zwłaszcza gdy chce  się trochę zaoszczędzić. Zwłaszcza, gdy nie ma się żadnego wyboru. W dodatku z beznadziejnym winem-sikaczem. Zawsze czułam intuicyjnie, że eventy organizowane przez ESN są nagonką ludzi zza granicy, którzy nie maja za bardzo pojęcia, co jest wyzyskiem, a co jest na prawdę warto spróbowania, ponieważ nie mają jeszcze żadnego punktu odniesienia. Poza tym zależy im na pretekście do nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi z wymiany, czego nie można im mieć za złe.  Tylko, że ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Zaznaczam, że moje nikłe doświadczenie ogranicza się tylko do ESN Bari i Siena/Milano, na pewno są takie organizacje, które faktycznie chcą pokazać studentom coś fantastycznego. Słyszałam pozytywne opinie zwłaszcza o bułgarskim oddziale w Sofii.

Całe szczęście wywinęłyśmy się z wine tour, za którą miałybyśmy uiścić opłatę 10 euro (promocja z 12!). Jako że mam odziedziczony talent do organizowania takich wycieczek wolałam udać się na samotne piwo na Piazza del Campo.

1. Moment, w którym zorientowałam się, że skradziono nam czapkę PanTuNieStał. Zdążyłyśmy się z nią żyć i właściwie się z nią nie rozstawałyśmy  (w Lucce i Arcidosso musiałam w niej spać, żeby nie zamarznąć) i była naszym znakiem rozpoznawczym, strasznie brakowało nam jej w Wenecji. No nic. Kupujemy conajmniej dwie nowe.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s